Homerycki opis Wisły Płock
Wisła Płock w Lidze Mistrzów gra tak, że obudziłaby Homera z grobu, który gdyby tylko miał polskie serce mógłby napisać poemat. Razem z AI naszkicowaliśmy taki homerycki obraz zawodników Wisły Płock - kto miłośnikiem poezji, niech smakuje :)
Muzo, zaśpiewaj o Nafciarzach znad Wisły-srebrnowłosej,
o drużynie, co w Orlenowej świątyni podnosi tarcze jak Argolczycy,
a gdy róg zadmie — fale trybun uderzają o brzeg jak zimowy nurt rzeki.
Najpierw zstępuje Melvyn Richardson, ostrze z francuskiej kuźni.
Nie mnoży ruchów — rozcina.
Gdy unosi dłoń, cisza napina się jak cięciwa, a piłka,
zrodzona z ognia i powietrza, znika w szczelinie między oddechem a strachem.
On nie strzela — on zamyka spór;
w końcówkach kładzie pieczęć jak król, który podpisuje traktat zwycięstwa.
U jego boku idzie Siergiej Kosorotow, armatnik dalekosiężny.
Ramię ma jak maszt, krok jak młot.
Kiedy słońce dotyka dziewiątego metra, Siergiej puszcza w niebo grom,
a mur przeciwnika cofa się o pół oddechu.
Niech dygoczą bloki i kości — bo to ogień, który daje miejsce kołu i skrzydłom.
Za nimi czai się Gergő „George” Fazekas, tkacz niewidzialnych nici.
W jego dłoni gra czas: przyspieszy, spowolni, okaże skrzydłu drogę,
kołowemu poda chleb w samą porę.
Gdy gra się rwie, Fazekas zbiera jej włókna i szyje akcję tak,
że bramka sama otwiera oczy.
A kiedy trzeci dzwon uderzy, na środek wychodzi Miha Zarabec — pszczołarz rytmu.
Szuka nektaru w szczelinach obrony,
a potem, jednym zwodem, przesadza przeciwnika na inne pole.
Nie największy wzrostem, lecz największy w decyzji:
na jego palcach mecz nabiera pulsu.
Po prawej flance świszcze Michał Daszek, posłaniec o sprężystych łydkach.
Z krótkiego kąta widzi tak, jak inni widzą z ptasiej perspektywy.
Gdy trzeba — wróci, gdy trzeba — ukłuje;
a z jego dłoni kontry płyną jak strzały z kołczanu Hermesa.
Bramy strzeże para strażników: Leon Šušnja i Mirsad Terzić.
Pierwszy — dąb: szerokością barków zasłania słońce,
pierwszy kontakt stawia krok wcześniej niż ból.
Drugi — kamień mądrości: zna tajemnicę faulu, który jest murem, nie grzechem.
Razem budują twierdzę 6-0, co dusi poezję wroga,
zostawiając mu tylko prozę rzutów z daleka.
Po bokach unoszą się żagle: Lovro Mihić i Przemysław Krajewski.
Mihić — miękki jak nocny wiatr, tnie kąt do kropki;
Krajewski — wilk powrotny, co pierwszy jest z przodu i pierwszy z tyłu.
Gdy rzeka gry przyspiesza, to oni nadają jej nurt.
Na progu pola stoi Abel Serdio, kowal sześciu metrów.
Zasłoną rozcina ludzi, ciałem wyrabia przestrzeń, a gdy piłka spadnie mu na dłoń —
pieczętuje ją jak pieczęć wosku.
Na jego pracy opiera się królestwo krótkich podań.
A na strażnicy między światem a siatką czuwa Torbjørn Bergerud, strażnik fiordów.
Czasem milczy jak noc polarna, by w ostatniej chwili wysunąć lodową rękawicę i zatrzymać to,
co nie do zatrzymania.
Nie zawsze jest czarodziejem — ale kiedy Fortuna przechyla czarę,
on podbija ją końcówką palców.
Tak maszeruje Płock, drużyna pracowitych herosów:
Melvyn — pieczęć,
Siergiej — grom,
Gergő — igła,
Miha — puls,
Michał — skrzydło,
Leon z Mirsadem — mur,
Lovro i Przemek — żagle,
Abel — kowadło,
Torbjørn — brama.
Gdy orkiestra ich imion zagra razem, przeciwnik nie słyszy już publiczności
— słyszy tylko metronom Wisły.
I rzecze Muza: jeśli losy meczów to warkocz, niech Nafciarze plecioną go cierpliwie.
Bo kto ma ogień Richardsona, zasięg Kosorotowa, rozum Fazekasa i Zarabeca,
skrzydła Mihicia i Krajewskiego,
mur Šušnji i Terzicia, młot Serdia i spokój Bergeruda
— temu i w Kolonii sprzyjać będą bogowie piłki ręcznej

Komentarze
Prześlij komentarz